
Święta trwają, wczorajsza wigilia przebiegła całkiem pomyślnie. Jak co roku cała rodzina zgromadziła się u dziadków, babcia złożyła wszystkim życzenia i jak zawsze wzruszyła się przy tym do łez - to niesamowite jak ta kobieta nas wszystkich kocha. Łamanie opłatkiem z rodzicami było nieco sztywne i zdystansowane, ale mimo wszystko, mam wrażenie, że te kilka słów które sobie powiedzieliśmy było szczere i od serca. Później oczywiście mnóstwo jedzenia, spróbowałem nawet w tym roku ryby po grecku, od której to zawsze trzymałem się z dala i muszę wam powiedzieć, że jestem pozytywnie zaskoczony. Nie obeszło się też bez rozmów o ciotce wujka Staszka, który to pracował tam i tam i mieszkał tu i tu. Pytań czy "tego Staszka ?" "no tak, to co go ciotka Kryśka..." Sami rozumiecie o ludziach i zdarzeniach, o których ta młodsza część nie ma zielonego pojęcia. Do śpiewania kolęd też jakoś się nie włączyłem, ale na szczęście mam w rodzinie ludzi należących do mojego pokolenia, więc mimo wszystko się nie nudziłem.

Po powrocie do domu, aby nie burzyć świątecznego spokoju, swoimi dziwnymi praktykami, niepraktykowania dziwnych praktyk postanowiłem wybrać się na pasterkę. Razem ze znajomymi których spotkałem po drodze stanąłem w bocznej nawie i czekałem na rozpoczęcie. Zaczęło się punktualnie o północy od odśpiewania jakiejś mniej znanej kolędy. Było całkiem w porządku, mimo że nie przeżywałem faktu przyjścia na świat Zbawiciela. Udzielił mi się ten specyficzny klimat i czułem się trochę jak na swego rodzaju teatralnej sztuce. Więc po zdystansowaniu się było całkiem znośnie, a nawet przyjemnie.
Cała radość z tej specyficznej nocnej mszy zepsuło mi kazanie. Czynnik ludzi. Miałem cichą nadzieję, że raz w roku nie będzie o polityce, nie będzie o poglądach, że może coś o tolerancji, rodzinie, miłości, dobroci... Niestety i tym razem moment kazania okazał się dla mnie krytycznym, krew się we mnie zagotowała gdy po raz kolejny słyszałem "że pewne partie" (PO) chcą pozbawić nas polskości a "prawdziwi katolicy" (PiS) walczą o tą polskość i powinni otrzymać nasze wsparcie. Ksiądz powołał się też na historię, mówiąc że w dzisiejszych czasach ta nauka nie podważa już faktu narodzenia Jezusa, który jest niezaprzeczalny. Cóż może w kwestiach wiary i niezaprzeczalny, ale powoływanie się na jakąkolwiek naukę uważam, za chodzenie po bardzo cienkim lodzie. Całość tego przemówienia odbieram niestety jak perfidną demagogie. Nie chce być zbyt krytyczny w swoich słowach, ale niestety puste głowy łatwiej skłonić do potakiwania, a kapłan nawet nie starał się nawet być subtelny w swojej przemowie, to nie delikatna perswazja, to zwyczajne wpajanie innym dogmatów, które ktoś wcześniej wpoił jemu. Żegnaj samodzielnie myślenie, żegnaj indywidualizmie.
Nie chce już pisać o wszystkim co mnie boli w Kościele bo wyjdę na skrajnego antyklerykała...cóż może tak jest, ale postaram się zachować to dla siebie i pisać stosunkowo bez wylewania niechęci. Konkluzja z ostatnich dni jest taka, że jestem w stanie zrozumieć, że ludzie wierzą w Boga, sam tak do końca nie mam na ten temat ugruntowanego zdania - mam tylko nadzieję, że "coś jest". Trudniej mi zrozumieć wiarę w religię i osobowego Boga, ale nie potrafię zrozumieć wiary w Kościół i przypuszczam, że nigdy mi się to nie uda.














